Sztuka wszędzie

 

Wiele się mówi o tym, że sztuka powinna być dostępna dla szerokich rzesz odbiorców. Ma ona „ukulturalnić” społeczeństwo, uwrażliwić i nauczyć dostrzegania piękna w zwykłych rzeczach. Wiele się robi, aby to osiągnąć. I tak oto mamy zniżki do kin i teatrów jednego dnia w tygodniu, darmowe wejścia do muzeów czy też kupony rabatowe do księgarni. W dzisiejszych czasach dostęp do sztuki nie jest trudny, ba, można nawet powiedzieć, że jest za łatwy.

Myślę, że nie tylko ja zauważyłam szalone zainteresowanie twórczością secesyjnych artystów. Popularyzacja dzieł Klimta, Muchy doprowadziła do tego, że „Pocałunek” możemy kupić niemal na każdym przedmiocie domowego użytku (wazony, kalendarze, zegarki, świeczniki, tace, maselniczki, kieliszki, podkładki pod kubek), a nawet nałożyć na siebie (skarpetki, legginsy, koszulki, szale czy krawaty). Maksymalne wykorzystanie, nikt nie zaprzeczy- urzekających dzieł, doprowadziło do tego, że stały się one oklepanymi, banalnymi nadrukami, wpisanymi w estetykę popkultury. Nadrukami artystów, których nazwisk nie zna przynajmniej 1/3 ludzi. I pojawia się tu pytanie: czy godzi się, aby arcydzieła wielkich twórców umieszczać na tak przyziemnych przedmiotach?

Mamy taką oto sytuację: moja mama została zaproszona na herbatę do swojej znajomej. Pyszne ciasto, znakomita herbata podana na.. przepięknym serwisie, takim, który widział już każdy, przechodząc obok kwiaciarni czy herbaciarni. Tak, chodzi mi właśnie o te filiżanki inspirowane, jakżeby inaczej, „Pocałunkiem” Gustava Klimta. Jako że moja mama trochę się na tym zna, pochwaliła zdobnictwo zastawy, chciała porozmawiać na temat obrazu i… Niespodzianka. Gospodyni nie wie, że jest taki obraz, a że Klimta? Tym bardziej.

Rozumiem, że obcowanie ze sztuką to nic złego. Producenci zapewne chcieli przybliżyć ludziom postacie cenionych artystów, ale czy musieli robić to w taki sposób? Czy jest jakaś granica rozpowszechniania twórczości, dzięki której będzie można oszacować, że coś się „przejadło”?

W dzisiejszych czasach kultura „niszowa” stała się bardzo popularna. To samo, jak widzimy, jest chociażby i z czytelnictwem. Pojawia się trend szczycenia się tym, że czyta się książki. A przecież od kiedy poziom analfabetyzmu znacznie zmalał, jest to zupełnie normalna rzecz. Czytanie to nawyk chwalebny, ale czy na pewno koniecznie trzeba się z nim obnosić? Czy jest jakiś sens stron utworzonych na Facebooku, typu: „Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka” czy „Ustąp miejsca czytającemu”.

I tu zauważamy paradoks. Z jeden strony- można zobaczyć nagłe zainteresowanie szeroko rozumianą kulturą, z drugiej- nie oszukujmy się, nasze społeczeństwo głupieje i jej nie rozumie. Ludzie nie potrafią zagłębiać się w sens dzieł. Mało kto po wizycie w galerii sztuki wyjdzie wzbogacony o nowe przeżycia, refleksje. Komentarz ograniczy się do słów typu: „to było ładne/brzydkie”. Odbiorca nie zastanawia się nad tym, co autor chciał pokazać kolorem, kształtem czy słowem. Współczesny człowiek woli mieć podane wszystko na tacy. Coraz częściej kierujemy się „szkiełkiem i okiem”. Nie ufamy sobie albo boimy się naszego „czucia”. Czy będzie nam jeszcze kiedyś dane zanurkowanie całym sobą w twórczości dawnych, cenionych twórców? Jak powiedział Pablo Picasso: „Nie zrozumiecie sztuki, póki nie zrozumiecie, że w sztuce 1+1 może dać każdą liczbę z wyjątkiem 2.”

Autor: Uczennica Liceum Plastycznego w Supraślu