Alegoria Wiktorii

Mathieu Le Nain

Obraz przedstawiający Wiktorię, boginię zwycięstwa – rzymski odpowiednik Nike – namalowany został przez Mathieu, jednego z trzech braci Le Nain, około roku 1635. Należy do ich wczesnych dzieł; znani głównie ze scen rodzajowych francuscy malarze okresu baroku – przede wszystkim Mathieu – mają na swoim koncie również dzieła o tematyce biblijnej (jak np. Adoracja pasterzy) czy przedstawienia alegoryczno-mitologiczne (oprócz Alegorii Wiktorii jest to także Wenus w kuźni Wulkana). Alegoria stworzona została w technice olejnej na płótnie o wymiarach 151×115 centymetrów i obecnie znajduje się w Luwrze.

Tematyka obrazu nie pozostawia wiele miejsca na domysły, będąc jasno sformułowaną już w tytule. Wiktoria, rzymska bogini i personifikacja militarnych triumfów Imperium Rzymskiego, ukazana została jako młoda, naga kobieta w hełmie oraz z parą skrzydeł. Stoi ona na torsie leżącego mężczyzny, który – przynajmniej moim zdaniem – nie jest nikim konkretnym, raczej symboliczną przegraną w starciu z Wiktorią, i służy jedynie ukazaniu dominacji zwyciężczyni. W ręku kobieta dzierży palmową gałązkę – w sztuce symbol triumfu. Symbolicznie można także odczytać czerwień szaty, która owija się wokół jej ciała: barwa ta oznacza między innymi siłę i walkę.

Dzieło ma kształt prostokąta stojącego. Kompozycja jest symetryczna, dwuplanowa: na pierwszym znajdują się dwie postacie, z których Wiktoria jest dominantą zajmującą zdecydowaną większość miejsca; tło stanowi prosty pejzaż, którego jedynym elementem świadczącym o zastosowaniu przez malarza perspektywy (powietrznej) jest niewielki fragment niknących w oddali wzgórz. W przypadku bogini występuje łagodny ruch dośrodkowy, ale ani to, ani powiewająca szata nie zaburzają wrażenia statyczności całego układu: czuć, że młoda kobieta stąpa po leżącym mężczyźnie, nie wykorzystując swoich skrzydeł do poderwania się w powietrze, a on z kolei… jest właściwie kwintesencją statyczności, leżącą, nieruchomą.

Kolorystyka obrazu jest dość stonowana. Pojawiające się elementy czerwieni i żółci, czyli szaty postaci i pióropusz na hełmie, nie są może całkowicie przygaszone, ale nie wybijają się też zbytnim nasyceniem i intensywnością. Pozostałe obszary utrzymane są w ponurej i raczej chłodnej gamie barwnej: głównie szarościach, beżach, brązach i czerniach, z nutą zieleni i błękitów w tle. Kolory farb zostały pomieszane przez artystę w taki sposób, że nie sposób wyróżnić poszczególnych części składowych, a co najwyżej określić, w jaki odcień wpada smutnawa barwa użyta w danym miejscu. Nie mogło tu zabraknąć kolorytu lokalnego.

Wrażenie tego chłodu potęguje światło: padające z góry, gdzieś spoza lewej krawędzi kadru; naturalne, lecz dość zimne. Tworzy dość wyraźne kontrasty światłocieniowe na ciałach, nadając im trójwymiarowości, i odbija się w jednym miejscu – na błyszczącej powierzchni hełmu rzymskiej bogini. Nie pojawiają się inne bliki świetlne z tego względu, że pozostałe faktury ukazane na obrazie są matowe.

Z dzieła emanuje aura spokoju, harmonii i podniosłości. Do postaci Wiktorii, dumnie, acz z gracją kroczącej po leżącym ciele, obserwator czuje pewien szacunek, a może i podziw: oto kroczy uosobienie zwycięstwa, które na pokonanego patrzy z góry, lecz nie z wyższością czy pogardą; twarz kobiety jest spokojna, błąka się na niej cień uśmiechu, jakby sama Wiktoria czuła zadowolenie, ale i respekt przed własnym triumfem. Patetyczność widać także w jej pozie: subtelnym skręcie ciała, schyleniu głowy, dłoni delikatnie przyłożonej do piersi, drugiej ujmującej gałązkę palmową z niezwykłą delikatnością. Zresztą całą tę scenę namalowano dość delikatnie, nie ma tu widocznych na pierwszy rzut oka, silnych pociągnięć pędzla, rozbryzgów farby, silnych błysków. Wszystkie luki są łagodne, a ciało bogini wyidealizowane i upiększone. Wszystko to może przywodzić na myśl obraz ze snu: przygaszony, nie do końca ostry, jakby oglądany przez szybę. I dość tajemniczy.

Alegorię Wiktorii pierwszy raz zobaczyłem w Luwrze i utkwiła mi w pa-mięci. Nie umiem powiedzieć z jakiego dokładnie powodu: czy to przez ten mistyczny klimat, czy może po prostu mój wzrok przykuło świetne upozowanie Wiktorii. Miło było przekonać się, że obecny gdzieś w zakamarku pamięci obraz jest autorstwa jednego z omawianych na lekcji artystów (choć ukazanych pod kątem dzieł jakże odmiennych tematycznie). Mnie samemu bardzo podoba się malarstwo barokowe, a ta praca doskonale wpisuje się w definicję owego wieloma cechami: patetycznością ukazanej sceny, alegorycznością tematu, subtelnością przedstawienia ciała, upozowaniem postaci, operowaniem światłem. Nie jest to jeden z obrazów w stylu Caravaggia czy Velazqueza (lecz żeby nie było – takie też bardzo mi się podobają), które często mają ukazać życie takim, jakim ono jest; nie jest to też typ prac Vermeera, które potrafią ująć prostotą tematyki, lecz do tych obrazów Alegorii bliżej jest już pod względem spokoju i harmonii. Na Alegorię Wiktorii można spojrzeć także inaczej: jako na dzieło, które ma w sobie ducha renesansu i renesansowych obrazów, które często nie ukazywały świata rzeczywistego, a ten inny, mistyczny, widziany bardziej oczami duszy, przeniesione jednak do baroku i ukryte pod cechami ówczesnego warsztatu. Może nie do powinno to tak do końca dziwić, skoro jest to początek drogi malarskiej trojga braci, którzy dopiero później wykształcili własną drogę i styl malarski, jaki teraz postrzegamy jako doskonale przekazujący sposób myślenia artystów baroku?

Autor: Jakub Kanarek, Uczeń Liceum Plastycznego w Nałęczowie

 

Mathieu Le Nain, Alegoria Wiktorii