Wystawa Rodin – Dunikowski

Auguste Rodin i Xawery Dunikowski. Artystów tych dzieli pokolenie, stopień bujności zarostu oraz setki kilometrów między Polską a Francją, a także drobniejsze rzeczy, np. rodzaj wykorzystywanych materiałów (u Dunikowskiego to przede wszystkim drewno, podczas gdy Rodin drewnem nie operował właściwie w ogóle). Również elementów wspólnych nie trzeba długo szukać: wszak obaj byli rzeźbiarzami z krwi i kości, z rzeźby i dla rzeźby żyjący-mi i traktującymi sztukę jako coś na pograniczu religii; obaj są dziś powszechnie znani (choć nie oszukujmy się, w skali światowej to autor Myśliciela będzie bardziej kojarzony); ich twórczość, choć niemożliwa do pomylenia, ma w sobie mnóstwo analogii tak tematycznych, jak i warsztatowych. To właśnie te analogie stanowiły punkt wyjścia do wspólnej wystawy w Królikarni, zorganizowanej we współpracy z krakowskim Muzeum Narodowym oraz paryskim Muzeum Rodina i trwającej od maja do września bieżącego roku.

Samą Królikarnię można by nazwać terytorium Dunikowskiego, tam bowiem na stałe znajduje się poświęcone mu muzeum. Warto jeszcze pokrótce przybliżyć jego sylwetkę: Xawery Dunikowski, urodzony w 1875 i zmarły w 1964, należy do czołówki polskich rzeźbiarzy i przedstawicieli modernizmu. Studiował m.in. po okiem Konstantego Laszczki, zajmował się także malarstwem oraz uczył w Warszawie i Krakowie. Nie zamykał się w wąskich ramach tematycznych ani twórczych, potrafił eksperymentować, szukać wciąż nowych, wizjonerskich kierunków. Nie ukrywał też faktu, że wysoko ceni twórczość Auguste’a Rodina, choć do inspiracji otwarcie się nie przyznawał. Mimo to podejrzewam, że ucieszyłby się słysząc, iż do jego muzeum sprowadzono niektóre dzieła Francuza, by pokazać je na równi z jego własnymi, żadnego z artystów nie stawiając wyżej lub nie poświęcając mu więcej miejsca.

Nie odnosi się bowiem w żadnym stopniu wrażenia, że według organizatorów któryś z nich był „tym większym”. Całe szczęście! Wybierając się do Warszawy, obawiałem się, że Rodin mimo wszystko może zdominować ekspozycję jako twórca bardziej „światowy”. (Jako pewne uzasadnienie owej „światowości”, przeciwstawię tu również jego biografię: starszy od Dunikowskiego o trzydzieści pięć lat [a zmarły w 1917]  Rodin to prekursor współczesnej rzeźby, przedstawiciel impresjonizmu, jednak w pionierski sposób wykraczający poza jego ramy. w charakterystyczny dla siebie sposób grał formą i fakturą dzieł, nadawał im symboliczną, niejednokrotnie mityczną treść. Do najbardziej znanych zaliczyć można Myśliciela, Bramę piekieł, Mieszczan z Calais czy Pocałunek). Jednak obaj twórcy zostali tu postawieni na równym poziomie, jako dwa spojrzenia na jeden (choć jakże obszerny!) motyw – kobietę. To właśnie ten temat organizatorzy uznali za największą analogię między rzeźbiarzami i trzeba przyznać im rację; właściwie wszystkie inne podobieństwa, czy to w ujęciu konkretnych kompozycji, czy pomysłach, w mniej lub bardziej pośredni sposób wynikają właśnie z owego zazębienia – tytułowej Kobiety, która znalazła się w tytułowym polu widzenia.

Na samą wystawę spójrzmy może najpierw od strony technicznej. Rozłożono ją na cztery pomieszczenia – trzy, nie licząc „wprowadzającego” holu – i to właśnie ekspozycja okazała się dla mnie głównym mankamentem całości. Żebym nie został źle zrozumiany, wyjaśnię od razu: organizatorzy właściwie nijak nie są odpowiedzialni za ów zgrzyt, a wynika on jedynie z mojego osobistego podejścia. Mianowicie, nazywając rzecz po imieniu: było dla mnie za krótko. Za mało. Jednocześnie, gdyby zdobyć spis eksponatów sprowadzonych i wystawionych przy okazji Kobiety w polu widzenia, mogłoby się okazać, że liczyła ona dość sporo pozycji. Znalazło się bowiem miejsce nie tylko na rzeźby (czasem w wersji finalnej, czasem w formie odlewów czy studiów) – wszelakie popiersia, postacie, figurki mniejsze i większe, kompozycje mieszczące się czasem w gablotce, a czasem przewyższające zwiedzającego, jak np. słynne Idę ku słońcu Dunikowskiego – ale pojawiły się również rysunki, obrazy i fotografie. Czyli zbiór był dość obszerny, nie przeczę. Ale mimo że nie spieszyłem się z oglądaniem, owa obszerność nie wystarczyła, żebym uniknął zaskoczenia – To już? Nic więcej? Przypomniawszy sobie niektóre inne wystawy, choćby te na Zamku Lubelskim – Beksińskiego sprzed pół roku czy pokazywanych obecnie malarzy Normandii – stwierdziłem, że zazwyczaj zabierają nieco więcej czasu. Co prawda samo Muzeum Rodina w Paryżu – to główne, centralne, oryginalne – też nie oferowało wielu wypełnionych po brzegi kondygnacji, ale tam sam budynek był tylko częścią całości, chętnie wypuszczającą zwiedzającego do ogrodu pełnego rzeźb. (Królikarnia również otoczona jest parkiem pełnym rzeźb, w dodatku niektóre to dzieła Dunikowskiego, ale to ekspozycja stała, niewliczająca się do wystawy). Jednak przypomnę, że to wyłącznie moje subiektywne odczucie. Co więcej, nie mogę z całą pewnością przyznać, że na pewno jest uzasadnione – nie patrzyłem na zegarek wchodząc i wychodząc, więc równie dobrze czas mógł mi minąć po prostu zaskakująco szybko, a to akurat wyszłoby wystawie na korzyść.

Wystawiane dzieła, jak już zostało wspomniane, nie ograniczyły się jedynie do rzeźb, choć te oczywiście stanowiły ich większość. Zarówno w przypadku Francuza, jak i Polaka, ich zakres zaczynał się gdzieś między oficjalnymi, tworzonymi na zamówienie portretami (np. Młodą dziewczyną w kapeluszu z kwiatami Rodina czy Portretem kuzynki Dunikowskiego); objął wizerunki kobiet bliskich sercom artystów (dla Dunikowskiego to m.in. kilka Głów Sary, Rodin z kolei uwiecznił między innymi swoją kochankę); dużą część zajmowały już nie konkretne, realne persony, ale postaci symboliczne, mitologiczne lub obrazujące jakiś motyw (rodinowskie Danaida czy Galatea, dunikowskie Kobiety brzemienne). Kobieta pojawiała się czasem w ujęciach anonimowych, nieraz dość odważnych, będących już swobodnym ujściem dla wyobraźni twórców (Przykucnięta kobieta), a czasem w kompozycjach bardziej skomplikowanych – rozumiem pod tym pojęciem nie „wielopostaciowych”, ale raczej umieszczających postać w jakiejś dynamiczniejszej zależności z kimś lub czymś innym (Ręka Boga i analogiczna Ręka diabła, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się zamienione tytułami).

Oprócz rzeźb – o tym, że część z nich to tylko modele, studia lub odlewy, wcześniej już napomknąłem – motyw kobiety łączył również prezentowane na ścianach obrazy i rysunki. Szczególnie te drugie zwracały uwagę: po pierwsze dlatego, że samą swoją formą ukazywały Rodina i Dunikowskiego – przede wszystkim rzeźbiarzy – od nieco mniej znanej artystycznej strony, po drugie mogły zaintrygować swoją kontrowersyjnością. Większość szybkich, a często zwyczajnie niedbałych szkiców stanowiły bowiem akty o zabarwieniu mocno erotycznym, by nie rzec: niemal pornograficznym. (Swoją drogą, czy nie jest możliwe, że jakaś część z nich miała w zamyśle twórców na zawsze pozostać w ich szufladach, i tylko przypadek lub czyjaś nadmierna dociekliwość wyciągnęła je na światło dzienne? Kto wie, czy niektórych prac – tych co bardziej fantazyjnych – niektórzy artyści, dziś postrzegani jako tacy „bezwstydnicy”, w rzeczywistości nie robili wyłącznie dla własnej… przyjemności? Dajmy na to takiego choćby Klimta…*). W każdym ra-zie, w dość ciekawy sposób uzupełniały one całość o spojrzenie z innej strony.

Ktoś, kto zna twórczość Xawerego Dunikowskiego, mógłby zwrócić uwagę, że wspomniałem wcześniej o jego monumentalnej rzeźbie Idę ku słońcu – przecież jest to forma autoportretu, co więc wobec tego robi na wystawie w domyśle całkiem „sfeminizowanej”? Uspokoję, że organizatorzy nie należą do tych, którzy taką sytuację uzasadnialiby czymkolwiek w stylu teorii o tożsamości płciowej artysty; wyjaśnienie jest prawdopodobnie dużo prostsze. Idę ku słońcu znajduje się w tamtym miejscu jako stały eksponat Królikarni, podobnie jak chociażby Kobiety brzemienne – z tym, że te akurat idealnie wpasowują się w tematykę Kobiety w polu widzenia. Jednak nawet monumentalna, zgeometryzowana figura modernistycznego rzeźbiarza nie niszczy konwencji, ponieważ część wystawy poświęcono samym postaciom Dunikowskiego i Rodina i opatrzono tytułem Ja / Narcyz (obaj znani byli ze zdawania sobie sprawy, że są jednostkami wybitnymi, i braku fałszywej skromności). Tam znajdziemy też malarskie autoportrety Dunikowskiego (np. Autoportret w szacie wschodniej) oraz bodaj jedyny znany Rodina (w duchu akademickim), a także fotografie ich przedstawiające. Gdyby obaj panowie dziś żyli i ekspozycja powstawałaby pod ich okiem, podejrzewam, że do istnienia takiego „narcystycznego” fragmentu nie mieliby zastrzeżeń, dając mu co najmniej aprobatę, a może nawet… poszerzając go.

Podsumowując: wystawa wypadła dobrze pod względem organizacyjnym, szczególnie wziąwszy pod uwagę fakt, że część dzieł musiała przywędrować do Warszawy z Francji. (Podobno na otwarcie razem z nimi przywędrowała także pani Catherine Chevillot, dyrektorka Muzeum Rodina w Paryżu – ale na wernisażu nie byłem […miodu i wina nie piłem…]). Całość została zadowalająco opisana odpowiednimi notami dla zwiedzających i oprócz wrażenia zbyt szybkiego „przemknięcia” przez nią (niewspółmiernego do długości spaceru – skądinąd bardzo przyjemnego – by dostać się do Królikarni) mogę mieć pretensje do jeszcze jednego szczegółu. No, może dwóch: pierwszy to światło odbijające się od gablot i utrudniające oglądanie (ale trudno byłoby tego uniknąć), drugi – brak jakichkolwiek folderów, broszurek czy innych przewodników do wzięcia lub zakupu (w postaci takiej, jaką zazwyczaj się przy okazji wystaw spotyka, czyli raczej… przystępnej – bo oficjalne wydawnictwo do Kobiety w polu widzenia owszem, pojawiło się, mając przy tym postać raczej albumu i żądając za siebie co najmniej wizerunku Kazimierza III Wielkiego). Mimo wszystko moje odczucia wobec wystawy są jak najbardziej pozytywne i nie żałuję poświęconego na nią czasu. (Tym bardziej, że dała mi okazję do pierwszego swobodnego – i świadomego – zapoznania się z Królikarnią oraz należącym do niej terenem. I właściwie również sporą częścią Mokotowa, bo choć wystawa stanowiła jeden z bodajże trzech punktów do „zaliczenia” przeze mnie w tamtym miejscu i czasie, liczba ta, przy współpracy siły w nogach i chęci odkrycia paru ciekawych zakątków, szybko wzrosła…)

(Listopad 2016)

* Wiem, wiem – to niespecjalnie prawdopodobne i zdaję sobie z tego sprawę. Jednak celowo pozwoliłem sobie na podobną dygresję – wszak chyba każdemu, kto tego typu prace oglądał, podobna myśl musiała choćby przemknąć przez głowę…

Autor: Jakub Kanarek, Uczeń Liceum Plastycznego w Nałęczowie