Wyjście do muzeum

Mieszkając w Poznaniu, gdzie dużą sławą cieszy się Muzeum Narodowe, grzechem byłoby ani razu nie przejrzeć tych drogocennych zbiorów. Tym bardziej, że wejście jest darmowe, a wspomnienia niezapomniane.

W muzeach zawsze nachodzą człowieka głębsze refleksje, na które zabiegany uczeń nie może sobie pozwolić w życiu codziennym. W tym muzeum możemy podziwiać eksponaty z różnych epok. Znajdziemy tam przedmioty z czasów starożytności i średniowiecza, ale także natkniemy się na szokującą sztukę współczesną. Postaram się opisać moje przeżywanie tej przygody i moje opinie na temat zapamiętanych dzieł.

Na pierwszym piętrze, czyli na samym początku zwiedzania, znajdujemy przykłady sztuki polskiej z pierwszej połowy XX wieku. Spośród wszystkich dzieł najbardziej wyróżnia się ściana poświęcona karykaturom autorstwa Stanisława Ignacego Witkiewicza. Twarze zrobione kredkami na kartkach w kolorze sepii bardzo mnie urzekły. Mają w sobie coś, co przyciąga widza. Znajdują się tam także dzieła Malczewskiego, którego nigdy nie uważałam za swojego faworyta. Jednakże po zobaczeniu ich na żywo, czuję się oczarowana. Malczewski stał się jednym z moich ulubionych malarzy. Zwróciłam szczególną uwagę na „Błędne koło” pędzla Malczewskiego. W bezpośrednim kontakcie sprawia wrażenie dużo większego i bardziej ekspresyjnego niż na zdjęciach. Można stać przed nim godzinami i wpatrywać się, bez końca znajdując nowe, ciekawe fragmenty.

Moją uwagę przykuły też abstrakcje Karola Hillera oraz Stanisława Kubickiego. Abstrakcja to coś, co zawsze trudno jest zinterpretować. Taki obraz podoba się i już, często z podświadomych, z początku niejasnych dla nas pobudek. Te obrazy mają w sobie coś, co powoduje, że trzeba je zapamiętać.

Idąc w lewo możemy natrafić na obrazy, które z daleka poznałam. To dzieła patrona mojej szkoły. Piotr Potworowski namalował wiele obrazów, a z tych obecnych w muzeum najbardziej spodobał mi się „Krajobraz z Tarragony”.

Nie wszystkie obrazy muszą emanować estetyką . Z definicji dzieła sztuki wynika, że powinno ono w jakikolwiek sposób wpływać na widza. I tak zareagowałam na obrazy Józefa Czapskiego. Przerażają mnie. Największy niepokój poczułam, patrząc na obraz „Stacja st. Lazare w Paryżu”. Nie podoba mi się to płótno i nie chciałabym mieć go w domu.

Spośród dzieł sztuki nowoczesnej podobają mi się obrazy Jacka Sempolińskiego. Są niesamowicie ekspresyjne i ciekawe, a z racjonalnego punktu widzenia wyglądają jak śmieci: płótno wyrzucone do kosza, które pod wpływem lat uległo zniszczeniom. A jednak mają w sobie coś interesującego.

Abstrahując od malarstwa, chcę wspomnieć o konstelacji, która na pierwszy rzut oka wydaje się być dziecięcą zabawką, lecz później jest naprawdę urocza. Niestety, podeptana (nie wszyscy wiedzą, że to sztuka) „Studnia różu” jest niesamowita. Nie mam pojęcia, co miała na myśli artystka, Maria Pienińska-Bereś, ale uważam to za tak urokliwe urządzenie, iż musiałam o nim wspomnieć. Najśmieszniejsze jest to, iż szukając interpretacji tej konstelacji na forach, natrafiłam tylko na sprawozdania, gdzie tytuł był bardzo wymowny: „Dzieła, które wbiły mnie w ziemię…”. Wnioskując po nagłówku, myślę, że kobieta osiągnęła cel i wywołała w kimś spore emocje.

Kolejną konstelacją, która mnie „wbiła w podłogę” jest „Wyszywanie charakteru”. Nie uważam tej pracy za coś cudownego, a tym bardziej pięknego i twórczego. Hesior włożył pod igłę maszyny do szycia gumową lalkę. Mnie wydaje się to bardziej dziwne niż pouczające. Może inni uważają inaczej, jednakże będę wyrażać swoje własne zdanie.

Wracając do obrazów, pragnę nadmienić, że moją uwagę przykuł „Kontur mojego cienia” Ewy Kuryluk. Przedstawia on człowieka, prawdopodobnie właśnie Ewę (sądząc po tytule), która pochyla się i rysuje własny cień. Może to dzieło nie porwałoby mnie, gdyby nie nazwa, ale – moim zdaniem – tytuł także odgrywa dużą rolę w sztuce. Seria obrazów Henryka Stażewskiego wydaje mi się bardzo interesująca. Nie jest dla mnie czymś ekstremalnie cudownym, lecz uważam, iż jest warta obejrzenia i zapamiętania. Byłabym bardzo zawiedziona, gdybym nie wspomniała o Romanie Opałce oraz „Obrazie liczonym”. Jest to jeden z moich ulubionych.

Kolejne dzieło na miarę XIX wieku to „Rain-carnstion”. Wykonał je Lech Knaflewski. Kiedy spoglądam na nie, przechodzą mnie ciarki. Jest to jedno z najbardziej obrzydliwych dzieł w muzeum. Za szybą leży ogromna ilość włosów i korzeni. Nie wiem, co pragnął przekazać autor, ale też nie za bardzo chcę wiedzieć.

Następnie wchodzimy w epokę, którą mogę nazwać jedną z moich ulubionych – to sztuka XVIII-XIX wieku. Jest tam między innymi Teodor Axentowicz, a właściwie jego obraz „Święto Jordanu” oraz Mehoffer, który zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie. To dzieło, które trzeba obejrzeć na żywo, wtedy można całkowicie wchłoną

cuda tworzone ręką mistrza. Tak jak dzieła Wyspiańskiego, bardzo trudno jest mi wybrać spośród wszystkich mój ulubiony, albowiem każdy jest na swój sposób piękny. Niesamowite wrażenie wywołują takie obrazy jak: „Śpiący Staś”, „Autoportret” lub „Dziewczyna z czerwonym kapeluszem”, które są nam dobrze znane z lekcji. Jest to jak urzeczywistnienie opowiadanych przez kogoś opowieści.

Nie będąc nigdy w poznańskim Muzeum Narodowym nie wiedziałam, iż możemy się pochwalić takimi perełkami ze świata sztuki europejskiej, jak Botticelli, Ribera, Monet, Zurbaran czy Delacroix. Jest tego tak wiele, a to tylko niektóre wystawy, ponieważ całe piętro ze sztuką starożytną, średniowieczną i połową zagranicznej było zamknięte. Bardzo mi przykro z tego powodu, gdyż są to moje ulubione epoki, chociaż i tak bardzo dużo mogłam zobaczyć. W muzeum, muszę przyznać, były bardzo dobre oznaczenia, trudno jest się zgubić, jednakże mapa często wprowadzała w błąd. Zastanawiam się, dlaczego większość ludzi nawet nie zauważa wszechobecnych rzeźb. Często są to niesamowite figury, ciekawsze niż obrazy, wiszące nad nimi. Jest to kolejne przeoczenie pracowników, ponieważ widziałam dużą ilość rzeźb, która nie były podpisane. Nie znalazłam żadnej informacji o nich.

Gierymski, Matejko, Pankiewicz, Chełmoński – można by było o nich opowiadać całe wieki, jest tych artystów tak wielu. Ich dzieła są tak cudowne, że trudno znaleźć słowa. Kiedy stoi się pośrodku sali, a dookoła wiszą te wszystkie obrazy, nie wiadomo, na co spojrzeć i tylko czujemy ukłucie w sercu, że nie ma się tyle czasu, by siedzieć przy każdym obrazie godzinami. Każdy, kto spyta mnie, czy warto iść do muzeum, otrzyma odpowiedź, iż nie warto zostawać w domu. Trzeba podziwiać tak cudowne rzeczy dopóty, dopóki ma się okazję. Możliwe, iż mogą wpłynąć na czyjś światopogląd. Dlatego uważam, że muzea trzeba odwiedzać, a dzieła podziwiać.

Autor: Joanna Woźniak, Uczennica Liceum Plastycznego w Poznaniu