Wystawa Władysława Skoczylasa – Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Władysław Skoczylas, urodzony w 1883 roku, był grafikiem, malarzem, rzeźbiarzem, pedagogiem i działaczem na ówczesnej scenie artystycznej (niekoniecznie w tej kolejności, ale do tego jeszcze wrócę). Kojarzy się go głównie z tego, co prawdopodobnie jako jedyne wyróżniało go spośród mnóstwa polskich artystów – zajmowania się drzeworytnictwem i rozpropagowania tej dziedziny. Z pewnością należy nazwać go „ojcem polskiego drzeworytu”. Przygotowując wystawę w Kazimierzu Dolnym, organizatorzy zdecydowali się na pokazanie dzieł z większości dziedzin sztuki, jakimi parał się Skoczylas, by rozprawić się z szufladkowaniem artysty.

A dzieł było blisko dwieście. Zajęły całe piętro Galerii Wystaw Czasowych w głównym gmachu kazimierskiego Muzeum Nadwiślańskiego (i z cała pewnością zainteresowały mnie dużo bardziej niż wystawa złotnicza dwa piętra niżej, na zwiedzenie której dodatkowo pozwolił mi zakupiony bilet). Drukowany przewodnik już na wstępie wyjaśnił, że prace podzielono na kilka kategorii: „Zakopane”, „Grafiki w technikach metalowych”, „Akwarele”, „Tkanina”, „Drzeworyt” i „Ostatnie lata”. Dumnie wspominał też o przygotowanym animowanym filmie o twórczości artysty, jednak wyświetlanie go na ekranie nad schodami, z niknącym w tle głosem, skutecznie zniechęcało do próby obejrzenia choćby fragmentu. Postanowiłem trzymać się kolejności oglądania prac zasugerowanej przez przewodnik; wyruszając na wystawę, miałem pewne pojęcie o Skoczylasie jako o twórcy drzeworytów, marne o jego dorobku malarskim, a o reszcie – żadnego.

Część poświęcona Zakopanemu ukazała go od razu z kilku stron, i to chyba tych najlepszych. Kilka portretów górali (w tym Głowa górala, która przyniosła Skoczylasowi główną nagrodę w Konkursie im. Henryka Grohmana, pierwszym graficznym konkursie w naszym kraju), niektóre w różnych wariantach – ołówkiem, suchą igłą, w formie drzeworytu – dwa autoportrety i kilka pejzaży pokazują, że artysta rzeczywiście potrafił rysować. Widać na nich umiejętności nabyte podczas edukacji artystycznej, jak również realistyczną kreskę i sposób szrafowania, które potem przekształcą się w te znane z rycin. Oprócz portretów żony i córki można też zobaczyć bodaj jedyny obraz olejny na wystawie – Katedrę na Wawelu. (Dlaczego jedyny? Otóż w pewnym momencie, kiedy to Skoczylas rozwijał się malarsko, okazało się, że ma… uczulenie na farby olejne. Wtedy właśnie przerzucił się na akwafortę i to wytyczyło kierunek, w którym od tej pory podążała jego kariera artystyczna).

Grafiki w technikach metalowych również trzymają wysoki poziom. W większości są to pejzaże wykonane technikami suchej igły, akwaforty lub akwatinty, przedstawiające widoki górskich kościołów i domów (Np. Dworzyszcze czy Kościół na Obidowej). Niektóre utrzymano w konwencji realistycznej, inne są nieco bardziej dwuwymiarowe, z delikatnymi, celowymi zachwianiami proporcji, a ich klimat jest odrobinę tajemniczy, przez co nie opuszczało mnie wrażenie, że prace te są wprost stworzone po to, by stać się ilustracjami w książce z ludowymi baśniami. Znalazło się nawet miejsce na ciekawostkę w postaci przedstawienia górskiego „Dworzyszcza” stylizowanego na grafikę japońską. Taki zabieg, dzięki właściwemu wykorzystaniu własnych umiejętności przez artystę, wyszedł mu na dobre, w przeciwieństwie do niektórych innych „eksperymentów” na wystawie.

Dalej czekały akwarele, tworzone w dojrzałym okresie twórczości Skoczylasa. Sądząc po datach powstawania prac, było to już po stworzeniu większości wspomnianych dobrych pejzaży, a jeszcze przed zajęciem się na poważnie drzeworytem, więc nie mogę odegnać pałętającego się gdzieś po łowie określenia: regres. Być może bierze się to tylko z moich poglądów na malarstwo akwarelowe (które przecież bardzo lubię, a dobrze wykonane – podziwiam), ale znaczna większość z tych obrazów – z małymi wyjątkami – jest według mnie po prostu słaba. Znów mamy widoki, tym razem głównie przedstawienia ulic i domów, w szczególności Kazimierza Dolnego (do którego to – chwalił się papierowy przewodnik – artysta miał sentyment, wracał tu niemal co roku i miasto inspirowało go pod każdym możliwym względem). Część z nich jest w pełni realistyczna, zachowująca wszelkie prawa perspektywy i światłocienia, ale jednocześnie wyjątkowo przytłaczająca, ciężka. Akwarele, które z reguły powinny nieść wrażenie lekkości, tu z daleka przypominają olej, nie zostawiając na pracy żadnego miejsca na „oddech”. Tym bardziej, że kilka obrazów jest wielkoformatowych, co już całkiem kłóci się z moim pojmowaniem atutów korzystania z farb wodnych.

Na innych pracach artysta pozwolił sobie na odejście od realizmu, zarówno w kolorystyce oraz zaburzaniu proporcji, jak i mieszaniu ze sobą fragmentów widoków przeróżnych miejsc, niemających żadnego odniesienia do rzeczywistości. Tym razem gubi się w tym: takie „odrealnione” prace nie przywodzą już na myśl fantastycznych ilustracji, ale malunki kogoś, kto najzwyczajniej w świecie malował tak, bo nie potrafił lepiej (przykładowo: obraz Rynek w Kazimierzu). Widz nie dostrzega puszczenia oka ze strony autora, świadczącego o tym, że wszystkie te udziwnienia były jak najbardziej celowym zabiegiem. Oprócz widoków, w tej części wystawy zawisło też kilka przedstawień ludzi, na przykład pracujących w polu czy piorących kobiet (Dziewczyna z koszem, Kopanie buraków). Jednak taka tematyka, która sprawdza się chociażby na realistycznych obrazach Chełmońskiego, w tej kombinacji – akwareli, zbyt dużego formatu i pewnej niedbałości Skoczylasa w przenoszeniu świata na papier – zupełnie z nią nie współgra.

O czwartej części wystawy, niepozornie wciśniętej w kąt – „Tkaninach”– wspomnę z obowiązku. Składała się na nią właściwie tylko jedna tkanina oraz dwa rysunki kilimowe, na podstawie których powstała. Pietà Skoczylasa nie prezentuje sobą niezwykłości ani pod względem projektu, ani wykonania (za które zresztą artysta nie odpowiadał). Wiadome jest, że tkanina nakłada na artystę więcej ograniczeń niż papier czy metalowa płytka, lecz mimo to posiada potencjał na coś lepszego. Niemniej, choć taki „eksperyment” nie był udany sam w sobie, to jako element ekspozycji, która w założeniu ma pokazanie wszechstronności Skoczylasa, stanowi ciekawostkę.

 I pomimo takich ciekawostek i usilnych starań organizatorów, by widz zapamiętał Skoczylasa jako człowieka działającego na wielu płaszczyznach, okazuje się, że masowa pamięć do wybiórczego kojarzenia specjalizacji artystów nie bierze się zawsze znikąd; oto dwie ostatnie części wystawy na powrót stają się dobre właśnie dlatego, że wracają do dziedziny, dzięki której kojarzymy dziś nazwisko Skoczylasa – drzeworytu. Tematyka niemal wszystkich wystawionych tu dzieł odnosi się do górali, góralskiego życia oraz góralskich tradycji i obyczajów. Niektóre są bardziej realistyczne, inne bardziej symboliczne, jednak większość znajduje się gdzieś pomiędzy, ukazując umiejętności artysty i jednocześnie zachowując umiar. We wszystkich czuć klimat odwzorowywanych postaci i miejsc, coś ludowego, co mogłoby powstać w chacie wysoko w górach. Widać, że to właśnie w tej technice i tematyce Skoczylas czuł się najswobodniej, czy to żłobiąc w drewnie roztańczonych ludzi (Taniec Zbójników, Hulanka – prace z Teki Zbójnickiej, w której znalazły się także m.in. Pochód zbójników i Janosika imię nigdy nie zaginie), czy postaci zwierzęce. Nie zabrakło miejsca na kilka widoków, według mnie – w przeciwieństwie do tych akwarelowych – bardzo udanych (Miasteczko w zimie, Spichlerze w Kazimierzu). Przy końcu obchodu po wystawie na zwiedzającego czeka także praca, która powstała pod koniec jego życia – Stary gazda I.

Wystawę urozmaicają wystawione w gablotach dokumenty (np. listy, świadectwa szkolne czy curriculum vitae), fotografie, szkice, egzemplarze książek ilustrowanych przez Skoczylasa i miedziane płytki wykorzystywane przy tworzeniu akwafort. Przyznam, że szkice z lat szkolnych wydały mi się dość przeciętne, a dokumenty zainteresowały przede wszystkim z tego samego powodu, z jakiego lubię oglądać wszystkie dokumenty z tamtych czasów – pięknego, wyuczonego na lekcjach kaligrafii charakteru pisma…

Podsumowując – wystawę Władysława Skoczylasa w Muzeum Nadwiślańskim uważam za wartą zobaczenia, chociażby dlatego, by móc powiedzieć z czystym sumieniem, co uważa się o jego dziełach, zobaczywszy prace w niemal wszystkich technikach, którymi się parał. (Zabrakło rzeźby, więc przedstawiając jego osobę subiektywnie, odjąłbym przytoczone na początku określenie „rzeźbiarz”. Podobnie „działacza na scenie artystycznej”, bo na tym wystawa się nie skupiała. Zostawiłbym za to „pedagoga” – jako podsumowanie pojawił się drzeworyt-podziękowanie dla Skoczylasa od jego uczniów). Nawiązując do pierwszego akapitu, mogę powiedzieć więc tak: zobaczyłem i, zgodnie z zamierzeniem organizatorów, wyrobiłem sobie opinię o różnych aspektach działalności Władysława Skoczylasa jako grafika, rysownika, pasjonata gór i wszelkich tematów „okołogórskich”, a dopiero potem – malarza. (A także… pechowca, bo jak nazwać osobę uczącą się malowania farbami olejnymi, która okazuje się być na nie uczulona? Choć z drugiej strony, prawdopodobnie zajęcie się innymi technikami wyszło mu na dobre. W mojej opinii – na dużo lepsze niż malowanie, widać to czarno na bia… to znaczy biało na czarnym). Spodobał mi się właśnie w tej jednej dziedzinie, dzięki której nazwano go „ojcem polskiego drzeworytu”. Może Paweł Steller nieco zręczniej tworzył obrazy z setek kreseczek na klocku drewna, a lepiej posługujących się pędzlem ludzi znam osobiście, ale czy przy oglądaniu prac kogokolwiek innego niż Skoczylasa można tak wyraźnie usłyszeć w głowie skoczną, góralską melodię?

(Październik 2015)

Autor: Jakub Kanarek, Uczeń Liceum Plastycznego w Nałęczowie